Przychodzi baba do lekarza
Przychodzi baba do lekarza – i co dalej?

Dobra, położyłam się; oczywiście, tak, żeby nie można było nic zobaczyć, nic zbadać. Pani Doktor zapodaje stałą kwestię: „proszę bardziej do mnie:” Kobieto, co ty szyfrem do mnie mówisz, „jak do ciebie?”, znaczy się mam zejść i kończymy tak? No jednak nie. „Jeszcze bardziej do mnie proszę”.Przychodzi baba do lekarza… i co dalej?


Jedną z tych wątpliwych przyjemności, których doznaje lecząca się kobieta, posiadająca w swoim kobiecym umeblowaniu dwa niesforne zwierzęta, są wizyty u lekarza. Nie, nie – nie u zwykłego lekarza, tylko u TEGO lekarza! Czyli ginekologa. Wrrrr, nie cierpię tego! Jak to w ogóle możliwe, że muszę mieć z tym coś wspólnego?? Kto w ogóle wymyślił ginekologa? Albo kto wymyślił kobietę… Albo kto ją tak umeblował wewnętrznie? Ech, babskość.

Przez całe moje (nie takie znowu długie) życie, nie leżałam na TYM zatrważającym fotelu tyle razy, co w przeciągu ostatniego roku. Pocieszeniem jest to, że oto fotel ten jest w kolorze różowym (brakuje jednak miękkiego kocyka…no podusia też by się przydała).

I tak, to dziś nadeszła sądna data: dzień wizyty. Od rana latam, jak szurnięte babsko, z częstotliwością co dziesięć minut, do miejsca ustronnego, zwanego toaletą: w wersji męskiej: kiblem.

Nie – nie dlatego się stresuję, że jest szansa usłyszeć, iż mój stan się pogarsza. Najważniejsze i najgorsze jest to, że trzeba będzie niemal w stroju Ewy paradować, prawda przed panią doktor. Pokazywać, tę swoją idealną figurę i kształt. A co mnie to obchodzi, że Pani Doktor jest lekarzem i widziała tysiące takich przypadków bez odzienia. No co mnie to obchodzi; nie jestem jakimś zwyczajnie obleśnie pospolitym babsztylem, który łyknie taki bałach… że to każda tak od czasu do czasu musi, że to normalne… Na takie głodne kawałki mnie nikt nie nabierze. Zbigniew mój bohater, mój Cichy Bohater, już się prawie nauczył, że nie należy nic mówić…Prawie się nauczył… Dziś jednak znowu mu się zapomniało i oto w swej mądrości i filozoficznej głębi przemówił: „nie ma się co stresować, wyluzuj”. Ojoj… zła godzina, w której przyszło mu do głowy, by wyrzec to, co ślina na język poniosła! Oj zła!

Jak to ja, Człowiek-Kobieta o charakterze: „najpierw zrobi potem pomyśli” postanowiłam natychmiast wyrecytować kilka przyjemnych do słuchania wersetów, które zdaje się, zapamiętałam czytając wysokiej klasy poezję: „dziękuję za wsparcie, nic nie wiesz, nie rozumiesz, nie odzywaj się”. W mojej głowie było jeszcze trochę innych cytatów z samej siebie, zaczynających się na nieco gorzej brzmiące litery. Czasem jednak okazuje się, że zdążę pomyśleć i zakneblować sobie gębę, zanim wypowiem to, czego będę zapewne żałować (nie zdarza mi się to jednak często).

I oto siedzę przed gabinetem. Obsówka. Człowiek płaci z własnej kieszeni i godzina obsówki. W czasie „obsuniętego” oczekiwania przyjmowałam wszystkie znane mi pozycje: siedziałam, stałam, chodziłam, pokładałam się, machałam nogami, nerwowo wysyłałam esemesy i grzebałam w torbie szukając…no zupełnie NICZEGO. W połowie oczekiwania rozpoczął się proces marudzenia: jak to źle się traktuje chorą kobietę, jak to służba zdrowia jednak nie służy, jak to świat jest przeciwko mnie, a przyjaciele, mąż i jeszcze no…no niech będzie, że zwierzęta też, nie kochają ani trochę. I tak to w momencie, w którym łzy wystartowały ku temu, by opuścić swe mieszkanie – czyli oczy – z powodu jakże okrutnie niesprzyjających warunków, z którymi przyszło mi się mierzyć, wychodzi ona: Pani Doktor. Jak zawsze jest miła, uśmiecha się, ale niestety robi coś, co naraża ją na moją dezaprobatę: zaprasza do gabinetu. Wchodzę. Siadam na krzesełku, nóżki mam złączone, jak najgrzeczniejsza pensjonarka, odpowiadam na zadane pytania cichutko jak myszunia. Jestem malutką kruszynką grzeczną; nie trzeba mnie wzywać na fotel, naprawdę nie! Wystarczy spojrzeć na moją buźkę pięknej Bambiny, by zrozumieć, że jestem pięknie zdrowa. Taka słodka Bambina nie może iść na różowy fotelik!

„Zapraszam na fotel” słyszę ni z tego ni z owego; jakby ktoś durnowacie niewyraźnym głosem, z buzią pełną ziemniaków, wypowiedział na stacji PKP przez megafon, to krótkie ale idące w piętę zdanie.

Oczywiście, że w momencie tym chcę zachować się, jak rozwydrzony bachor płci żeńskiej, rzucający się na podłogę. Ale przypomina mi się złota myśl babci wszystkowiedzącej: „tylko spokój cię uratuje”. No dobra. Spokój. „A do duszy, ze spokojem” – tak też w końcu babcia mówiła! Będę nieopanowana i zrobię scenę, nie rozbiorę się! A co, niech sobie Pani Doktor radzi. Za co w końcu płacę te 200 zł? No za co? Każdy głupi umie zbadać ciało pozbawione odzienia, taką usługę w szpitalu świadczą „na NFZ”. W głowie chojraczę, jak jasny pierun, ale kiedy Pani Doktor wskazuje pokoik, w którym mam dokonać niecnego czynu pozbawienia się części mej dobrze dobranej garderoby, grzecznie wchodzę; nóżki oczywiście cały czas razem.

Rozbieram co trzeba i krokiem w stylu „tip top” zmierzam w kierunku różowego fotela. A niech czeka, myślę sobie. Znam swoją wartość, nie dam się tak łatwo! Nadszedł jednak moment kiedy to odległość między mną a fotelem stała się nieznośnie bliska. Tym sposobem to Odważne Babsko, musiało zlec na postawionym przed nim meblu.

Dobra, położyłam się; oczywiście, tak, żeby nie można było nic zobaczyć, nic zbadać. Pani Doktor zapodaje stałą kwestię: „proszę bardziej do mnie:” Kobieto, co ty szyfrem do mnie mówisz, „jak do ciebie?”, znaczy się mam zejść i kończymy tak? No jednak nie. „Jeszcze bardziej do mnie proszę”.

O matko, o zgrozo, o wszyscy święci, Zbyszek, Człowieku, Przyjaciele!!! Ratujcie! Ten ludożerca przede mną chce mnie złożyć w ofierze!!! Pomoc nie nadchodzi. Gdy przez moje płaty mózgowe przetacza się ten potok myślowy, Pani Doktor bada i nagle jest po wszystkim? Zadowolona, myśląc już o nagrodzie w postaci suszonego bananka (naprawdę, ta terapia upodobniła mnie do małpy), złażę z tej ginekologicznej wersalki. Stópki szybkim siedmiomilowym krokiem niosą mnie w kierunku mej jakże dobrze dobranej, ale porzuconej w pokoiku odzieży. Aż tu nagle wybrzmiewa: „zapraszam na USG” (dla niewtajemniczonych panów: USG w TYM gabinecie, to nie jest miłe mizianie mokrą żelką po brzuszku w stylu „kizi mizi”). Teraz już po mnie. Dojdzie do mordu rytualnego, tyle, że to nie ja zginę. Zdzielę Panią Doktor tym dziwnie robotycznym wałeczkiem od ultrasonografu i będziemy mieli po sprawie. Potem pójdę do więzienia, ale godność Człowieka-Kobiety zostanie uratowana. Znowu leżę. Pozycja mało komfortowa, jak zawsze w tym gabinecie. Wyobrażam sobie, że to mi się tylko wydaje, że to nie ja, że to jakieś inne wredne babsko leży na tym łożu boleści. Niestety – to ja. A przede mną nie rozciąga się widok na fale oceaniczne, czy też potoki górskie, tylko na dwie wyraziste kule, które ktoś złośliwym szwem przyfastrygował do mojego prawego jajnika (widzę swoje wnętrzności w telewizorze, ratunku!). No są, dalej tam są. Kolejne badanie, a one nadal…Gdzie tu dobry krawiec coby spruł tę fastrygę? Toż to do mnie pasuje jak kwiat do kożucha!

Zawód? Wściekłość? Smutek? Właściwie co ja czuję? Po kolejnej wizycie już chyba nic. Nie czuję nic, przyjmuję do wiadomości. Jestem dzielna czy może już wyzuta z emocji? I pytam siebie: co jest lepsze – walić pięściami w ścianę, złościć się, beczeć do białego rana, czy może opanować człowieka, który, jak przystało na dorosłego, już tylko przyjmuje do wiadomości? Już nic nie czuję, ja tylko przyjmuję; przecież w gabinecie szanowanej Pani Doktor, na poważnym różowym fotelu, nie ma miejsca na rozjazd emocjonalny. Będę poważna, będę dorosła.

 

Wracam do domu z bogatą historią wizyty w gabinecie. W ręku trzymam zdjęcia moich nieprzyjaciół: nazywają się Złośliwy i Złośliwszy; jeden mniejszy drugi większy. Przez telefon gadam z trenerem od głowy, opowiadam dzielnie, jak to mi nic nie jest, on mówi, że dobrze brzmię, że moje emocje widać są ok… Ale po skończonej rozmowie, siadam na kanapie i zaczynam płakać. Czuję smutek, czuję złość. Tak, chcę walić pięściami w ścianę! Nie będę dorosła, wyrzucę z siebie ten ból. I nikt tego nie zobaczy, tylko te ściany…

A kiedy się wypłaczę, zrobię plany na przyszłość; potem zaproszę przyjaciół na sok i nikt nie spostrzeże nawet, że w albumie na zdjęcia przybyła kolejna fotografia. I niestety, nie jest to zdjęcie z wakacji.

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Phone: +48 668 166 010
63-300 Pleszew