Urodziny, nowa spódnica, nowe życie

Urodziny 
Z okazji moich urodzin wybraliśmy się ze Zbyszkiem do Jarocina, który zaskoczył nas swoją architekturą, pięknymi uliczkami ale też totalną uliczną pustką. Choć napawało to smutkiem, to znakomicie posłużyło zdjęciom, które można było zrobić w każdym upatrzonym miejscu.
Każdorazowo Zbyszek urodzinowo bardzo mnie zaskakuje wiedząc, że jest to dla mnie najważniejszy dzień w roku. Jestem prawdziwym celebrytą i kocham celebrować życie – w ten dzień szczególnie!
W tym roku, już od tygodnia przychodzą do mnie zorganizowane przez Niego prezenty. W piątek przybyła spódnica polskiej marki Marie Zelie, o której marzyłam od dawna. Przewspaniale, kiedy ktoś tak czujnie obserwuje, przygląda się i myśli o tym, o czym marzysz i robi wszystko, by temu sprostać prawda? Dlatego Zbyszek, mój najlepszy z mężów, postanowił dopełnić moje przygotowania do jesieni uzupełniając tym samym garderobę o nowe i piękne ubrania.
Spódnica wspomnianej marki idealnie wpasowuje się w klimat vintage, nawiązując swoim krojem do lat 50. Naprawdę czułam się w niej wybornie, a zdjęcia… Sami oceńcie.
Tymczasem, z okazji moich wcale nie 18 urodzin, ani nie 20… postanowiłam napisać kilka zdań o tym, co choć prywatne, to jednak mnie dotyczy i w dużej mierze wpłynęło na to, że dziś  prowadzę bloga, robię zdjęcia i będąc lekko wczorajsza, dzielę się z Wami, tym, kim jestem.

2016 a może 2015.
Straciłam rachubę. Naprawdę nie mogę sobie odtworzyć, czy minęły 3, czy może 4 lata? Nie wiem. Siedząc na mojej przewygodnej kanapie nie umiem sobie przypomnieć, nie mogę się doliczyć. Jednak doskonale pamiętam te słowa: „ma pani dwa guzy”.
Zbyszka nie było w mieście. Mieszkaliśmy wtedy we Wrocławiu. Wracałam tramwajem do domu z szaleństwem wypisanym na twarzy. Bo przecież tego się człowiek nigdy nie spodziewa u siebie. To zawsze dotyczy kogoś innego.
Pierwsza myśl, która przetoczyła się przez moje zwoje mózgowe: „nie chcę go zostawić”. Nic z tych rzeczy: „mam tyle marzeń, jestem za młoda, nie chcę cierpieć…” Po prostu. Myślałam tylko o jednym: „nie chcę go zostawić, nie chcę żyć bez niego”. Bo tak, jeśli o te sprawy chodzi – wierzę w to życie po śmierci, i to życie nie byle jakie, tylko w lepsze, opływające w mleko i miód. Ale pomyślałam wtedy, na dźwięk „ma pani guzy”, że nie chcę go zostawić.

Pierwsze dni.
Pamiętam, że za każdym razem, kiedy Zbyszek budził się w nocy, zastawał mnie we łzach. Nie umiałam tego powstrzymać. Chciałam żyć, chciałam trwać – i nawet wierzyłam, że może się udać ale ten cichy szept – ten z tyłu głowy – a co jeśli? Co jeśli ci się nie uda? Co jeśli umrzesz? Co jeśli będzie boleć tak, że nie będziesz potrafiła tego znieść? Co jeśli… Więc płakałam… dlatego, że nie umiałam poradzić sobie z „co jeśli…” A ponieważ metoda leczenia, na którą się zdecydowałam była bardzo niestandardowa – płakałam głównie w samotności. Zdecydowaliśmy oboje nie mówić niemal nikomu, żeby wytrwać, żeby nie musieć oglądać bólu, którego doznają bliscy i dalsi w takich sytuacjach. Żeby nie musieć. Z niczego się tłumaczyć, oglądać niewiary, załamania, wątpliwości i tego wszystkiego, co w naturalny sposób przychodzi do ludzi w takich chwilach.

 

Więc zaczęliśmy. Terapię, o której lekarze mówią, że to wariactwo. Na którą świat medycyny w większości mówi: „nie”. A my swoje. Bo chciałam mieć włosy i wszystkie wnętrzności na dodatek.
Życie nas obojga stanęło do góry nogami tak bardzo. Wszystko przecież skupiło się na mnie. Pieniądze, uwaga, potrzeby. On się nie liczył. On zasadniczo – przez trzy lata totalnie się nie liczył. Był tylko pielęgniarką, znoszącą moje załamania, nastroje, samopoczucia i humory. Pielęgniarką, przyjacielem i tym kimś, na kogo chora kobieta wylewa, czasem dzień po dniu, kubeł pomyj, bo tak bardzo przecież nie radzi sobie z własną chorobą, leczeniem, z brakiem życia pozy tym, które stało się nagle jedną wielką terapią.
A po roku – po roku przecież – odmówiłam współpracy. Poczucie, że końca nie widać doprowadziło mnie do skraju. Postanowiłam ten koniec sprowadzić sama. „Nie będę się już leczyć!!!!”
Nie dlatego, że byłam samobójcą, desperatem, psychiczną debilką. Tylko po prostu – człowiekiem. Miałam dość.
Podniosłam się. Dzięki niemu. Zrobił wszystko, by mnie wyciągnąć z tego doła. No więc znowu – wdech – idziemy po zdrowie.

Umrę, tak umrę i już.
Góra, dół, góra dół… ta tendencja utrzymywała się 3 lata. Od szczytu kondycji psychicznej i fizycznej, po totalny brak sił, tygodnie w łóżku.
A w listopadzie było najgorzej. Nowe guzy. Znalazłam je tym razem sama. W węzłach chłonnych. No to co – jest chłoniak?
Zanim zdążyłam się dowiedzieć, doszłam do kresu wytrzymałości. To był moment, w którym spolaryzowało się wiele rzeczy. To był moment, w którym ci, na których liczyłam najbardziej, po prostu dali nogę. A dla mnie człowiek to przecież podstawa. I wtedy zdecydowałam: tak, chcę umrzeć, nie będę już się leczyć.
Realne pragnienie śmierci.
To było gorsze niż ta diagnoza o guzach.
Płakałam do poduszki. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Bo co można robić innego z cierpieniem.

Aż wreszcie – aż wreszcie, zjawił się ktoś, kto zaczął płakać ze mną, nie mówiąc przy tym, że coś muszę.
Życie zapaliło się we mnie na nowo – choć z trudem.
Zawalczyłam jeszcze raz.
Tym razem zawalczyłam zdjęciami, ubraniami i tym wszystkim, co tak kochałam, od zawsze.
Blog, instagram i całe to wygłupianie się z ubraniami przywróciło mi życie. Po prostu.

I wtedy przyszedł maj.
W maju, niespodziewanie dla mnie, to wszystko się skończyło.
Dziś brzmi jak mrugnięcie okiem. Chwilę temu – było koszmarem.
Ale teraz… ale teraz celebruję życie, tak, jak jeszcze nigdy dotąd, ciesząc się każdą sekundą.
I dziś…dziś kiedy mam kolejne urodziny, tak bardzo ciesze się, że mogę się starzeć! A ubrania, miłość do tego co dawne i moja lekka wczorajszość, pozwalają mi na nowo zaprzyjaźniać się ze światem i ludźmi, którzy zawsze, we wszystkim są dla mnie najcenniejszym dobrem, moją życiową pasją i skrajną miłością.

Dziękuję, że jesteście ze mną.
I do zobaczenia w realu!

* Jeśli będziecie chcieli poczytać więcej, o minionych trzech latach i zobaczyć, jak to jest chorować – to spisane przeze mnie opowieści z tego okresu, trochę w krzywym zwierciadle, będą systematycznie ukazywać się tutaj 

 

 

bluzka VINTAGE | buty Vintage | spódnica MARIE ZELIE | zdjęcia ZBIGNIEW FONS

 

2 Comments

  • Anna Wrzesień 16, 2019 10:27 am

    Jestem pod wrażeniem Twojej historii i tego, jak ją pięknie opisałaś. Czekam z niecierpliwością na kolejne relacje.

    • Aneta Fons Wrzesień 16, 2019 3:29 pm

      Dziękuję serdecznie. Dziś chce wrzucić pierwsze opowiadania, a może nawet dwa… Zatem zapraszam do lektury. Pozdrawiam serdecznie.

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Phone: +48 668 166 010
63-300 Pleszew